
Prowincja Poznańska
Zgromadzenia
Sióstr Albertynek
Posługujących Ubogim
(ZSAPU)

Każdy człowiek doświadcza różnorakich cierpień, trudności i kryzysów na każdej płaszczyźnie życia: zawodowego, społecznego, rodzinnego itd. Niejednokrotnie nasze ludzkie trudności i kryzysy w życiu duchowym prowadzą do osłabienia lub utraty wiary. Dlatego właśnie potrzebujemy nieustannego umocnienia poprzez trwanie w modlitwie, w czytaniu Słowa Bożego i w sakramentach świętych. Ogromne znaczenie w życiu wiarą i moralnością chrześcijańską ma przykład życia, który albo kogoś podbudowuje, podnosi, albo zniechęca. „Świadectwo chrześcijanina służy prawdzie, którą Chrystus objawił światu i przekazuje ono dalej to zbawienne dziedzictwo”. (Źródło: Paweł VI - Trwajcie Mocni w wierze t.2 - wyd. Apostolstwa Młodych - Kraków 1974, s. 396).
Od 24 czerwca rozpoczęliśmy nowy cykl: „Okruchy chleba – świadectwa”. Na naszej stronie internetowej www.albertynkipoznan.com co drugi piątek będziemy publikować kilka słów (okruchów) doświadczenia różnych osób, które na swojej drodze spotkały Chrystusa.
Zapraszamy do lektury i życzymy, aby te konkretne historie, które wydarzyły się wśród nas, w naszym albertyńskim (i nie tylko) środowisku, umocniły kroki naszych Czytelników na drodze ku Bogu oraz codziennym odkrywaniu szczęścia w wierze, nadziei i miłości.
Jeżeli w Twoim życiu dzieją się rzeczy niezwykłe, których źródło jest w Panu – możesz się nimi podzielić.






Wiedzą jak pomóc,
a człowieka nie urazić
Pod koniec listopada 2019 roku spłaciłem wszystkie długi. Dla mnie suma ogromna bo ponad 28 tys. złotych. Bez pomocy sióstr nie byłoby to możliwe. Dalej trwałbym w bezdomności i alkoholizmie. Takiej opieki jakiej zaznałem tutaj w Centrum Pomocy im. św. Brata Alberta w Bydgoszczy, nie otrzymałam nigdzie indziej. Siostry są bardzo otwarte, bezinteresowne i wiedzą jak pomóc, a człowieka nie urazić.
Mieszkam w Centrum Pomocy im. św. Brata Alberta dla osób bezdomnych. Jest nas dziesięciu. Każdego z nich szanuję i przyjmuję go takim jakim jest. Sam pobyt dał mi wiele do myślenia. Trafiłem tutaj bardzo wyniszczony i wycofany z życia społecznego. Po kilku miesiącach stałem się bardziej otwarty i z życzliwością traktowałem innych. Zacząłem doceniać to, co dostałem, a szczególnie to, że mogłem tutaj dalej mieszkać. Miałem zapewnione poczucie bezpieczeństwa.
Od września 2019 roku poruszałem się w systemie dozoru elektronicznego. Siostry wyraziły zgodę na odbywanie mojej kary w ich domu. Był to kolejny dowód ich miłości do drugiego człowieka. Codzienne przebywanie w ich otoczeniu pozwoliło mi nabrać przekonania, że robią to bezinteresownie, nie na pokaz. Było to dla mnie świadectwo, które pozwoliło mi patrzeć na krzywdę drugiego, nie oceniać go, a pomóc.
Od Pana Boga dzieliła mnie ogromna przepaść... Siostry po wielu rozmowach i modlitwie za mnie (jak się później dowiedziałem) przypomniały mi słowa modlitwy i doprowadziły do konfesjonału. Wyspowiadałem się i przystąpiłem na Mszy św. do komunii. Było to dla mnie duże przeżycie, które uświadomiło mi ile łask utraciłem, ale też radość, że syn marnotrawny którym byłem, wrócił do domu OJCA. I niech tak zostanie!
Nie jestem idealny. Wiem, że to co robiłem było złe, ale jestem dumny z tego kim teraz jestem. Wiem, że to nie moja zasługa, ale ludzi, których BÓG postawił na mojej drodze życia. To oni, a szczególnie Moje Siostry, pomogli mi pokonać przeciwności, których było dużo. Zdaję sobie sprawę, że to nie koniec, ale dopiero początek zmian w moim życiu.
Zbyszek





Z siostrami można nawet konie kraść
Wychowałam się w rodzinie wierzącej i praktykującej. Od kiedy sięgam pamięcią, mama co niedzielę ubierała mnie odświętnie i razem z tatą, a potem również młodszym bratem, szliśmy na mszę świętą. Naturalne było dla mnie odmawianie rano i wieczorem pacierza, uczęszczanie na lekcje religii – najpierw w salce kościelnej, a potem w szkole, czy też przygotowanie i przyjmowanie sakramentów. Bierzmowanie nie było – jak to bywa teraz – symbolicznym pożegnaniem z kościołem, a wzmocnieniem wiary i utwierdzeniem się w przekonaniu, że to właściwa droga. Rodzice wpoili mi również szacunek do księży i sióstr zakonnych. W moich oczach były to osoby perfekcyjne, ideale, niemalże święte. I takie troszkę nierealne… wszakże miałam z nimi kontakt jedynie w kościele.
Wydawać by się zatem mogło, że kiedy po skończeniu studiów dostałam propozycję pracy w świetlicy prowadzonej przez księży i siostry zakonne, nie będę miała z tym żadnych problemów i będzie to dla mnie łatwe wyzwanie. Tymczasem miałam mieszane uczucia. Z jednej strony radość, ponieważ w Polsce panowało już wtedy bardzo duże bezrobocie i zdobycie pracy nie było sprawą oczywistą; a poza tym oferowane zajęcie było dla mnie wręcz wymarzone. Z drugiej jednak strony miałam spore obawy. Miałam ściśle współpracować z osobami, które – jak już wcześniej wspomniałam – jawiły mi się jako niedostępne, lepsze od przeciętnego człowieka, tacy prawie półbogowie. Nie byłam pewna, czy mimo katolickiego wychowania będę potrafiła odnaleźć się w tym środowisku, które do tej pory było dla mnie niedostępne i czy spełnię oczekiwania. Na rozmowę kwalifikacyjną szłam „z duszą na ramieniu”. Nie wiedziałam, czego się spodziewać i jak się zachować. Byłam potwornie stremowana. Siostra Przełożona, która zaprosiła mnie na rozmowę wydawała się niesamowicie surowa (co później okazało się totalnym złudzeniem, a Siostra – człowiekiem z sercem na dłoni). Podobnie ksiądz obecny podczas spotkania. Jedyny promyczek nadziei upatrywałam w młodziutkiej Siostrze, która miała być drugą opiekunką na świetlicy. Uśmiechnięta, radosna, patrząca na mnie z dużą
życzliwością, napawała optymizmem.
Rozmowę kwalifikacyjną przeszłam z sukcesem i rozpoczęłam „karierę” w świetlicy środowiskowej. Początkowo pełna obaw i nieśmiałości zaczęłam wykonywać swoją pracę, która bardzo szybko stała się ogromną przyjemnością i prawdziwym powołaniem. Wielką rolę
odegrała tu wspomniana Siostra, która okazała się niesamowitym człowiekiem. Jej nieopisana energia, optymizm, radość i wsparcie, były dla mnie wielką pomocą, szczególnie na początku mojej ścieżki zawodowej. To co ważne, to moja współpracownica sprawiła, że zaczęłam inaczej patrzeć na siostry zakonne – nie przez pryzmat habitu, a jak na „normalne” kobiety. Osoby, z którymi można porozmawiać nie tylko na religijne zagadnienia. Które również mają swoje słabości. Które nie są idealne i lepsze od nas. A dzięki temu są tak blisko nas. Okres pracy z s. Beatą wspominam jako bardzo dobry czas. Czas rozwoju, nawiązywania relacji, zdobywania nowych doświadczeń. Nauki, że każdy człowiek jest ważny, a pracując razem osiągamy więcej niż w pojedynkę.
Z naszej współpracy wyniosłam wiele lekcji życiowych oraz wspaniałych chwil; stałam się bogatsza o nowe doświadczenia i bardziej otwarta na osoby konsekrowane; niesamowicie wdzięczna, że Pan Bóg postawił na mojej drodze tak cudowną osobę i że to właśnie siostra Beata była pierwszą zakonnicą, z którą przyszło mi pracować.
Niestety w życie oraz charyzmat Sióstr Albertynek wpisane jest ciągłe zmienianie swojego miejsca. Dlatego po dwóch latach naszej owocnej pracy, s. Beata została przeniesiona do innej placówki, by tam nieść pomoc. Tymczasem ja rozpoczęłam swoją „przygodę” z kolejną Siostrą. Podobne zmiany następowały jeszcze kilkukrotnie. I tak w ciągu swoich 13 lat kariery w świetlicy miałam okazję współpracować z wieloma Siostrami, m. in. z s. Dolores, s. Andżeliką, s. Dobrawą, s. Renatą… Każda z nich w jakiś sposób zapisała się na kartach mojego życia. Z każdą z sióstr było inaczej i różnie się między nami układało – jak to w życiu. Z jednymi siostrami rozumiałyśmy się prawie bez słów, z innymi miałyśmy małe bądź większe nieporozumienia. Czasem się docierałyśmy, a niekiedy do końca pracy nie do końca było nam po drodze. Niektóre zmiany moich współpracownic przyjmowałam z ogromnym smutkiem, a czasem z nadzieją, że będzie lepiej…
Mogłabym jeszcze wiele stronic zapełnić wspomnieniami czy refleksjami na temat sióstr albertynek i pracy z nimi, bo sporo się ich zebrało. Podsumowując jednak te 13 lat intensywnego z nimi przebywania mogę z absolutną pewnością stwierdzić, że cieszę się, iż miałam szansę poznać siostry i to nie tylko od tej oficjalnej strony. Jestem zadowolona, że Pan Bóg postawił każdą z nich na mojej drodze. Bo niewątpliwie każda wniosła coś do mojego życia. Od każdej z osobna czegoś się nauczyłam. Bez wątpienia, gdyby nie One nie byłabym dziś tym człowiekiem, jakim jestem i nie byłabym w tym miejscu, w którym obecnie się znajduję. I choć już nie pracuję w świetlicy to moja przygoda z siostrami wciąż trwa. Bo teraz nie wyobrażam już sobie życia bez nich, a szczególnie tych, z którymi połączyła mnie przyjaźń.
Bo z siostrami jak najbardziej można nawet konie kraść.
Agnieszka Magos

























Droga do świętości wiedzie przez zwyczajność
Pan Bóg był w moim życiu obecny od zawsze. To rodzice nauczyli mnie pacierza, dali fundamenty. Później byłem ministrantem. Ale z wiarą bywało różnie. Nigdy nie byłem typem "buntownika" przeciwko Bogu i Kościołowi - ale nie raz w Niego wątpiłem, gniewałem się i zadawałem wiele pytań - zwłaszcza w obliczu życiowych trudności, czy cierpienia.
Gdy wyprowadziłem się na studia do Poznania, w Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia (gdzie mam zaszczyt być stypendystą) poznałem
autentycznych świadków Chrystusa. Oni nauczyli mnie, że chrześcijanin może być człowiekiem radosnym, inteligentnym, dowcipnym, ciekawym świata, otwartym; a droga do świętości prowadzi bardziej ku zwyczajności niż doskonałości. Na drodze wiary bardzo fascynowały i pociągały mnie również słowa śp. ks. Piotra Pawlukiewicza.
W swoim życiu, razem z narzeczoną chcemy stawiać na Pana Boga. Często jest to trudne i wymagające, dlatego modlimy się o wiarę żywą, prostą, radosną i przenikliwą.
W czerwcu pragniemy przyjąć Sakrament Małżeństwa.
Adam Błaszczak




Biała Albertynka
Posługę w Zakładzie Opiekuńczo – Leczniczym i współpracę z siostrami tak wspomina emerytowana już pracownica: „Jestem wdzięczna Bogu za pracę przy chorych i starszych osobach. Dane mi było w latach 2007 – 2020 pracować w Zakładzie Opiekuńczo – Leczniczym w Mrozowie prowadzonym przez siostry albertynki i bardzo się z tego cieszę, że mogłam choć w minimalnym stopniu przyczynić się do tak wielkiego dzieła, dzieła miłosierdzia.
Pacjenci, którzy przebywają w takich domach są niejako na ostatniej przystani tu na ziemi, bardzo często borykają się z chorobą, cierpieniem i z poczuciem odrzucenia. Tego wszystkiego udźwignąć by się nie dało bez wielkiej wiary, że to ma jakiś sens. Ogromnie ważne zawsze było dla mnie wspieranie się w tej pracy. Codziennie przychodząc na dyżur prosiłam o wsparcie Ducha Świętego, który tak naprawdę w bardzo wielu sytuacjach mi pomagał. Bardzo dobrze pracowało mi się również z wszystkimi siostrami, podczas tych długich lat mojej pracy zawodowej. Wszystkie siostry mam w moim sercu, bo zawsze się wspierałyśmy wzajemnie. Bóg, siostry albertynki, personel i podopieczni to taka wielka rodzina.
Starałam się również wciągać do tej rodziny również mojego męża, który bardzo chętnie grał i śpiewał razem ze mną dla naszych podopiecznych z okazji różnych świąt i uroczystości. Starałam się wnieść w to środowisko jak najwięcej radości i rzeczywiście, w ZOL-u panowała
zawsze taka fajna, rodzinna atmosfera. Pamiętam jak często podczas dyżuru my, jako personel, śpiewaliśmy sobie z chorymi, albo po prostu będąc przy nich np. podczas wykonywania porannej toalety, karmienia itp. Kiedyś na Wigilię Bożego Narodzenia pewien mężczyzna zabrał z zakładu swoją mamę do domu i za niecałe dwie godziny przywiózł ją z powrotem, ponieważ prosiła, żeby jak najszybciej wracali do DOMU, czyli do mrozowskiego zakładu, bo tam się czuje najlepiej.
W Mrozowie pracowałam jako pielęgniarka i często śmiałam się, mówiąc, że jestem białą albertynką i że bardzo jest mi bliski charyzmat św. Brata Alberta. Praca z siostrami jeszcze bardziej mnie uwrażliwiła na drugiego człowieka a Bóg takiej wrażliwości od nas oczekuje.”
Świadectwo Danuty,
emerytowanej pracownicy
Zakładu Opiekuńczo – Leczniczego
w Mrozowie,
spisane dnia 25 lutego 2021 r.










Mundur zamieniła
na habit
Siostra Jadwiga Szczechowicz z parafii w Poroninie 24 lipca 2022 r. w tamtejszej wspólnocie dziękowała za dar powołania zakonnego do albertynek; wcześniej złożyła śluby wieczyste w krakowskim sanktuarium Ecce Homo. Urodziła się w 1986 r., mieszkała w Suchem koło Poronina, była uczennicą szkoły w Zębie, następnie w 1999 r. wraz z rodziną wyemigrowała do USA.
Przed wstąpieniem do zakonu góralka służyła w armii amerykańskiej. Była na misjach w Japonii, Luksemburgu, Rosji i Botswanie w Afryce.
W trakcie pracy zaczęła się jej droga powołania... o tym - posłuchajmy
Egzamin z ludzkiej życzliwości
(…) Historia, którą dziś Wam przedstawimy, to przykład na to, że nawet, gdy my tego świata w codziennym pędzie nie dostrzegamy, to nasze serce, wrażliwe serce dostrzeże go za nas. (…)
Wyobraźcie sobie młodą studentkę weterynarii Basię. Biegnie spóźniona na uczelnię. Pokonuje kolejne ulice, a na Starym Rynku dostrzega człowieka. Odwraca wzrok. Biegnie dalej, ale Niebo już działa i porusza to wrażliwe serce. Basia toczy wewnętrzną walkę: obawa o własne bezpieczeństwo, taki człowiek to wielka niewiadoma, obawa o ludzkie spojrzenia, bo wygląd i stan tego człowieka mocno różni się od ogólnie przyjętych norm, które zwykły neutralizować okrucieństwo ludzkiego spojrzenia. (…)
Z perspektywy pana Ryszarda: ktoś pomyśli – człowiek jak człowiek, wiele osób mijamy codziennie. Ale to nie był zwykły człowiek. Jego niezwykłość polegała na tym, że szedł ulicą ledwo stawiając kolejne kroki. Przytłoczony życiem i swoją beznadziejną sytuacją. (…)
Ile znaczy odruch serca i odwaga w niesieniu pomocy. Czasami może to być na miarę czyjegoś życia. Można powiedzieć, że Niebo czuwało nad panem Ryszardem, postawiło mu na drodze Basię. Ale z drugiej strony może to pan Ryszard stanął na drodze naszej Basi, a ona dzięki niemu zdała najważniejszy egzamin w życiu. Egzamin z ludzkiej życzliwości i bliźniego miłości.


Droga do łaski wiary
Szanowni Państwo, pragnę podzielić się z Wami historią z mojego życia. Jest to opowieść o drodze do łaski wiary, którą ułożył dla mnie Bóg i na której zwieńczeniu stoi Błogosławiony Ksiądz Jerzy Popiełuszko. (…) Urodziłem się w bardzo wierzącej rodzinie, tak więc istota Boska nigdy nie była mi obca. (…)
17 lutego 2023 roku w szpitalu zmarł mój dziadek. (…) Wszyscy razem wybraliśmy się do kaplicy pomodlić się za duszę dziadka. W moim przypadku była to pierwsza szczera modlitwa od dłuższego czasu. (…) Pod koniec listopada 2023 roku, jako młody wysportowany, w zasadzie na szczycie życiowej formy chłopak, złamałem kręgosłup. (…) Okazało się, że ten ciężki etap w moim życiu niesamowicie mnie uświadomił. (…)
I jest jeden Błogosławiony, dla mnie święty, który jest klamerką wszystkich moich wydarzeń, który spina całą tę historię w jedność... i który stał się tymi drzwiami do łaski wiary. Błogosławiony Ksiądz Jerzy Popiełuszko sprawił, że żyję w łasce wiary i staram się zło dobrem zwyciężać…
Michał Filipek-Kaźmierczak,
16-letni katolik








Czekałem na panią...
Stanisław Lubański po odejściu żony sprzedał swe gospodarstwo (…) Sąsiedzi wygadywali na Annę, wyrzucali jej brak serca dla męża i dzieci. On jednak nigdy nie dołączył swego głosu do liczby krytykujących czyn żony. (…) Do końca życia utrzymywał z nią przyjazne stosunki (…)
Anna Lubańska przeszedłszy granicę Królestwa, znalazła się w Krakowie.(…) Wiosną 1889 r., w uroczystości Bożego Ciała, Anna Lubańska wraz z Silukowską stanęły pod Wawelem, by wziąć udział w tradycyjnej procesji. Wśród tłumu był także Brat Albert Adam Chmielowski z małym gronem braci. Jego postać wzbudziła w Annie ogromne zainteresowanie. (…) Gdy po paru dniach stanęła przed Bratem Albertem i wyjawiła mu cel swego przybycia, odpowiedział jej po prostu „czekałem na panią”. (…) Wypróbowana w cierpieniu i poświęceniu Anna Lubańska rozpoczęła wieloletnią pracę w przytuliskach jako s. Franciszka.
Ciężki był okres aspiratu pierwszych Sióstr Posługujących Ubogim. Prócz niewygodnego mieszkania brakowało chleba, odzieży, sprzętów. Brak doświadczenia ułatwiającego stawianie pierwszych kroków działał przytłaczająco. Brat Albert pomagał jak mógł, ale bywało, że i on był bezradny wobec twardej rzeczywistości. (…) Dnia 15 stycznia 1891 r. ks. kard. Dunajewski udzielił siostrom pozwolenia na oficjalne noszenie habitów, a pierwsze obłóczyny odbyły się w jego kaplicy domowej.
Anna Lubańska, teraz już s. Franciszka i sześć jej towarzyszek, zatonęło w bezmiarze nędzy krakowskiej ogrzewalni. Do nich nie docierały ani słowa krytyki, ani też pochwał. Pracowały bez wytchnienia. (…) Jeszcze w tym samym roku s. Franciszka wyjechała na polecenie Brata Alberta na pierwszą fundację. Była nią pustelnia w Bruśnie. Jako przełożona przyjęła tam w roku 1896 osiemnastoletnią Marię Jabłońską, późniejszą s. Bernardynę, pierwszą przełożoną generalną Zgromadzenia. (…)
W ostatnim dziesiątku lat życia s. Franciszki zaznacza się wyraźna zmiana. Usunęła się zupełnie od roli przełożonej, stawała się coraz cichsza i coraz posłuszniejsza. (…) Reumatyzm uczynił ją prawie zupełnie niezdolną do pracy fizycznej. Brat Albert umieścił ją wtedy w domu pustelniczym w Prusiu. Tu zajmowała się zbieraniem ziół, którymi następnie leczyła ubogą ludność wieśniaczą, przybywającą do niej czasami z odległych stron. (…)
S. Franciszka zakończyła życie 13 maja 1913 r. Zmarła w przytulisku lwowskim w chwili, gdy wybierała się na mszę św. Gdy nie zjawiła się do wyjścia w oznaczonej porze, siostry znalazły ją w celi w postawie klęczącej, ale już bez życia.






Mieć garść ludzi…
Już w latach 60.tych XX wieku powstała publikacja: „S. ANNA LUBAŃSKA, PIERWSZA ALBERTYNKA (1844 - 1913), (Przyczynek do historii Zgromadzenia Ss. Albertynek)”, autorstwa s. Ambrozji Stelmach, albertynki. W dniach listopadowych, kiedy wspominamy tych, którzy poprzedzili nas w drodze do wieczności, prezentujemy postać s. Franciszki – Anny Lubańskiej, pierwszej albertynki.
(…) Pierwsze Siostry Posługujące Ubogim nie były zakonnicami w kanonicznym tego słowa znaczeniu. Zresztą nie chciał ich mieć takimi sam Brat Albert. Jemu chodziło tylko o to, by mieć garść ludzi żyjących w całkowitym ubóstwie i gotowych do najdalej posuniętego poświęcenia się w służbie dla bezdomnych. (…)
Do pierwszych, które miały odwagę wplątać się w tę nadprzyrodzoną awanturę życiową należały: Anna Lubańska, Maria Silukowska, Maria Maksymiuk, Marta Kuszewska, Maria Niewiadomska, Franciszka Gołębiowska i Teresa Szucka. Najstarszą z nich, bo w dniu obłóczyn liczącą 47 lat życia była Anna Lubańska, która będąc sama nowicjuszką, była zarazem mistrzynią i przełożoną pozostałych. (…)
Anna Parafiniuk, późniejsza siostra Franciszka, przyszła na świat 25 stycznia 1844 r. w drobnomieszczańskiej rodzinie greckokatolickiej w Białej na Podlasiu. (…) W atmosferze ciepła rodzinnego przepojonego głęboką, taką prawdziwie unicką pobożnością, w sercu dziewczęcia zrodziło się powołanie zakonne. Niestety, w spełnieniu tego marzenia przeszkodziła rodzina. (…) Annę zmuszono do zamążpójścia (…) Synowie Lubańskich byli już dorosłymi ludźmi. Jan liczył 22 lata, Feliks 20. Anna uzyskawszy formalne pozwolenie męża i synów na wstąpienie do zakonu, opuszczała na zawsze Podlasie.
Ciąg dalszy w kolejnych Okruchach







Uratowała mnie modlitwa
Istota modlitwy w życiu człowieka.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Rodzi się pytanie: jak modlitwa może wpłynąć na problemy w życiu człowieka. Otóż odpowiem: w 1984 roku mój starszy syn Piotr w wieku 18 lat wyjechał z kolegami nad jezioro i już do domu nie wrócił. Zginął w drodze powrotnej do domu uderzając motorowerem w samotnie rosnące drzewo. Powiadomiła mnie o tym zdarzeniu miejscowa policja. Świat mi się zawalił, myślałam że tego nie przeżyję, że nie dam rady dalej żyć. Uratowała mnie modlitwa.
Wracając z kolejnej już Mszy świętej rannej, z okna na miejscowym rynku starsza kobieta, pani Gmerek, wyciągając do mnie dłoń podała mi kartkę papieru z modlitwą, którą napisała dla mnie, mówiąc: „Dziecko módl się”. Tak też uczyniłam w codziennej rannej modlitwie i po dzień dzisiejszy modle się tymi słowami: Matko Najświętsza! Ty swą potęgą, mądrością i miłosierdziem wspieraj mnie i nie opuszczaj i 3 razy Zdrowaś Maryjo. Ta modlitwa przyniosła i ukojenie, i spokój, zmniejszyła cierpienie nie obarczając winą Boga za to, co mnie spotkało, ale długo nie trwał spokój. W 2019 roku postawiono mi diagnozę: rak piersi. I znowu trauma. Wyznając księdzu Antoniemu, będąc w biurze parafialnym, o kolejnym cierpieniu powiedział: „Jak nie ma na ciebie wyroku, nie martw się na zapas, ale módl się i proś Boga w modlitwie o zdrowie.” Wręczając mi modlitwę: Boże, całe moje życie oddaje Tobie, a Ty zatroszcz się o moje zdrowie. Odmawiając Ojcze nasz, Zdrowaś Mario i Chwała Ojcu. Minęło już prawie 5 lat od postawienia diagnozy. To wiara i zawierzenie Bogu oraz codzienna modlitwa dały mi szansę odzyskania spokoju, aby dalej żyć.
Na koniec wyznam, że moją ulubioną modlitwą jest Koronka do Miłosierdzia Bożego, którą staram się codziennie odmawiać z siostrami zakonnymi transmitowaną z Krakowa Łagiewnik o godzinie 1500.
Duchowa Współpracownica Albertyńska Irena




















Ty jesteś od modlitwy,
to się módl,
a ja tu cichutko posiedzę
Refleksje s. Kingi
Śrem
W okresie od 1979 r. do 1987 r. posługiwałam w PDPS (Państwowym Domu Pomocy Społecznej) w Śremie. Był to czas beatyfikacji naszego Założyciela św. Brata Alberta i nabożeństw dziękczynnych. (…) Z tego okresu pozostało w mojej pamięci i przy różnych okazjach powraca pewne zdarzenie: W czasie przygotowywania leków w dyżurce pielęgniarskiej przyszła mieszkanka Janeczka i tak marudzi. Na pytanie czego chce? Cukierka? Tabletkę? Mówi: „Siostro, tak bym chciała, byś mnie przytuliła tak mocno, jak na obrazie w kościele św. Albert tuli tego chłopczyka”. (…)
Pan Józef przebywał w Hospicjum kilka miesięcy, jak na pobyt w hospicjum dosyć długo. Odwiedzała go rodzina, znajomi. Skąd to przemienienie i taka postawa? (…)Modlimy się głośno, przy drugiej tajemnicy przerywa i mówi do mnie: „Ty jesteś od modlitwy, to się módl, a ja tu cichutko posiedzę”.
Jakże miłym i niezapomnianym przeżyciem była dla mnie Msza św. dziękczynna w sam dzień 50. rocznicy ślubów, 26 sierpnia, w kościele parafialnym pw. św. Franciszka z Asyżu w Szczecinku. (…) wielki szacunek dla życia zakonnego.
s. Kinga (Helena Płata)





















Namiot moim domem
Dziś posłuchajmy opowieści Piotra. Dla niego, to dzień powszedni, dla większości w głowie się nie mieści, aby namiot stał się domem. W wakacje - owszem, ale żyć tak na co dzień?
Pomocną dłoń wyciągnęły siostry Albertynki. Jego optymizm, chęć zmiany życia, po wielu innych doświadczeniach godne są podziwu.



Bóg zawsze ma plan
Mam na imię Sylwia. Jestem mamą czwórki dzieci i chciałabym podzielić się z Wami moją historią. Jesteśmy z mężem osobami wierzącymi, dlatego też po ślubie zaczęliśmy marzyć o rodzinie – o dużej rodzinie. I tak po kolei: w 2014 r. przyszła na świat pierwsza córeczka Aniela, w 2015 r. syn Maksymilian, w 2019 r. Rozalia, w 2016 r. Tymoteusz i to właśnie o Nim chciałabym napisać.
Kiedy dowiedziałam się, że jestem w trzeciej ciąży radości nie było końca. Niestety nie trwało to długo bo już w 11 tygodniu na badaniach kontrolnych dowiedzieliśmy się, że dziecko ma zwiększone NT (przezierność karkową). Co to oznacza? Dziecko może urodzić się chore, zespół Downa, wady serca – lekarka wymieniała co może grozić mojemu dziecku. Patrzyłam na nią, a w głowie tysiące myśli: Czemu? Co poszło nie tak? Dlaczego Nas to spotyka? Czy jest szansa, że będzie zdrowy? I wtedy padły te słowa: „Macie Państwo już dwoje zdrowych dzieci po co ryzykować możecie usunąć płód.”. „Usunąć? Zabić własne dziecko? Kto Nam daje prawo decydować o życiu dziecka?”. I wtedy zaczęła się nasza walka. Walka o życie Naszego dziecka. Codziennie wieczorem wraz z całą rodziną: moje siostry, ich rodziny, moi rodzice, ciocia, ja z mężem i naszymi dziećmi klękaliśmy razem z różańcem w ręku i błagaliśmy Boga o zdrowie dla Tymka. Wysłałam również 100 e-maili do zakonów i klasztorów w Polsce z prośbą o modlitwę za naszego nienarodzonego syna. Dostałam dużo słów otuchy, dużo wsparcia spływało na naszą rodzinę właśnie od osób duchownych. Byliśmy otoczeni płaszczem modlitwy, który w chwilach niezmiernie trudnych dawał Nam poczucie tego, że nie jesteśmy sami, że z Nami jest Bóg, a On może wszystko.
Ten trudny czas jeszcze bardziej zjednoczył naszą rodzinę oraz przybliżył Nas do Boga. Nauczyliśmy się wszystko przyjmować z pokorą i wiarą. Kiedy przyszedł dzień porodu byłam już pogodzona i gotowa przyjąć wszystko, co dostanę od Boga.
Nadszedł dzień 2 września 2016 r. i o godz. 10.00 urodził się Tymek:10 pkt, 60 cm i 4300 g miłości. Lekarze nie dowierzali, a ja wiedziałam, że to cud. Wiedziałam, że Tymek swoje zdrowie i życie zawdzięcza Bogu. Dziś Tymek za kilka dni kończy 8 lat. Jest zdrowym, mądrym chłopcem. Służy Bogu przy ołtarzu jako ministrant i jest wdzięczny za dar życia. On miał szansę, ale jak wiele dzieci jej nie ma. Jak wiele razy diagnoza staje się wyrokiem śmierci dla dziecka? Mam nadzieję, że jeżeli czytasz, a masz wątpliwości czy warto zawalczyć o swoje dziecko, to ja Ci mówię, że warto.
Sylwia Szypuła
![]() |
---|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Nie kryminalista,
a normalny człowiek
Ma 25 lat, z czego połowę spędził w zakładach karnych. Jednak ktoś wyciągnął do niego pomocną dłoń. Po wyjściu z więzienia spotkał kolegę, który zaprowadził go do jadłodajni Sióstr Albertynek. Tutaj po raz pierwszy w życiu poczuł się jak normalny człowiek - nie jak kryminalista, poczuł się naprawdę ważny, bo... może pomagać ludziom, poczuł, że możliwa jest przemiana serca. Wszystko to zawdzięcza duchowym córkom Brata Alberta. Ecce homo... oto człowiek, człowiek zraniony, który nie zaznał miłości w życiu, pragnący żyć normalnie. Tak mówi sam o sobie. Czeka go jeszcze długa droga do tej "normalności", ale dzięki wyciągniętej pomocnej dłoni jest to możliwe. Jest możliwe, bo u Boga nie ma nic niemożliwego.



Jesteśmy Jego portretami
Ludwig van Beethoven ogłuchł, s. Lidia traci wzrok. Kompozytor nie słyszy, malarka nie widzi. Brzmi jak paradoks. W tym Bożym paradoksie można jednak odnaleźć głęboki sens. Gdy tracimy to, co dla nas cenne, gdy musimy przewartościować swoje życie, gdy to, co było naszym dniem powszednim kończy się mamy wybór: albo wielka pustka, albo całkowite zawierzenie się Panu. Dopiero kiedy oddam się całkowicie, mogę poszukać sensu życia. Sensem naszego życia jest Bóg i tylko On. Św. Paweł w drodze do Damaszku stracił wzrok po to, by zobaczyć Chrystusa. Czy trzeba zacząć nie widzieć, żeby zobaczyć Boga?
W dzisiejszych Okruchach poznamy s. Lidię Pawełczak, albertynkę, która namalowała setki portretów, pejzaży, obrazów martwej natury. Jak sama mówi: „Zostaliśmy stworzeni na obraz Boga, czyli jesteśmy Jego portretami”.
Zapraszamy do obejrzenia filmu pt. „Klauzura w klauzurze”, a także przeczytania artykułu z GN pt. „Brat Albert i siostra Lidia”. To piękne świadectwo s. Lidii niech będzie dla nas umocnieniem w dźwiganiu własnego krzyża.
Najtrudniej znaleźć czas
dla Pana Boga
Pana Boga pokazali mi rodzice. Za ich przykładem również od najmłodszych lat staram się uczestniczyć w życiu Kościoła. (…) W dzisiejszych czasach chodzenie na msze święte, modlitwa i działanie, które pokazuje wiarę niestety bardzo często nie jest czymś powszechnym – jest odstępstwem od normy, a słowa niezrozumienia lub krytyki od przyjaciół z innych środowisk potrafią bardzo boleć. (…) Dla mnie najtrudniejsze jest znalezienie czasu dla Pana Boga w pędzie życia. Praca, nauka, nawet organizacja wydarzeń w parafii, czy KSM-ie i pogodzenie wszystkiego ze sobą jest często męczące i wymaga siły. (…) Wiele zawdzięczam Siostrze Albertynce, która przy ogromie obowiązków swoją postawą i działaniem stale stawia Pana Boga w centrum przy najmniejszych czynnościach – obserwując ją również się tego uczę. (…) Ostatecznie zawsze pojawia się radość z życia, którą pokazują mi bliscy, znajomi, księża, czy nawet przypadkowo spotkane osoby na ulicy. Najważniejsze jest uświadomienie sobie, że wszystko, co robię ma jakiś sens, choć czasem nie widać tego w pierwszym momencie. A to wszystko za Jego sprawą. I to jest piękne!
Dobrochna
Chcą mieć świętego -
- niech się modlą!
Lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Był w agonii. Gdy mama przyszła do szpitala, aby go zobaczyć, zastała puste łóżeczko. Diagnoza brzmiała jak wyrok: poważne zakażenie całego organizmu. Rodzinie pozostała modlitwa o cud albo o dobrą śmierć dziecka. A jeszcze kilka godzin wcześniej nikt nie spodziewał się najgorszego.
Sytuacja wydawała się beznadziejna. Przełożona klasztoru Sióstr Wizytek w Warszawie – m. Maria Klaudia Niklewicz poproszona o pomoc, zadzwoniła do albertynek w Krakowie z prośbą o modlitwę w intencji chłopca. „Chcą mieć świętego, to niech się modlą” – powiedziała w rozmowie z Barbarą Szułczyńską. Wszystkie domy albertyńskie na całym świecie o konkretnej godzinie modliły się w intencji dziecka.
Sprawą uzdrowienia chłopca zajęła się watykańska komisja do spraw kanonizacji, która potwierdziła autentyczność uzdrowienia. 12 listopada 1989 r. odbyła się kanonizacja krakowskiego opiekuna osób biednych i bezdomnych. Dla Alberta Szułczyńskiego był to piękny i wzruszający moment.
Albert Szułczyński przyznaje, że to działanie Boga towarzyszy mu codziennie. Często modli się za wstawiennictwem św. Brata Alberta, aby tak jak on był człowiekiem dobrym dla innych i przedkładał ich potrzeby nad własne.
Mężczyzna obecnie ma 37 lat, jest szczęśliwym mężem i ojcem. Przygotowuje doktorat na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kończy też studia Master of Business Administration (MBA) na tejże uczelni. Co roku stara się uczestniczyć w odpuście w sanktuarium Ecce Homo w Krakowie. – Doświadczenie cudu jest zachętą do tego, abym żył wiarą, nie oddalił się od Boga i nie popadł w pychę – mówi nam Albert Szułczyński.
Info za Niedziela i Przewodnik Katolicki






Dlaczego jest tak ubrana
Jako mała dziewczynka, gdy miałam około 8-9 lat, wraz z koleżankami przychodziłyśmy do parku przy Domu Pomocy Społecznej, aby sobie pobiegać lub pojeździć rowerem. Wtedy to właśnie po raz pierwszy spotkałam siostrę zakonną. Zastanawiałam się dlaczego jest tak ubrana na czarno, a my mamy kolorowe sukienki. (…) . Wszystko mi wyjaśniły co dotyczyło ich ubioru. Od tego czasu razem z koleżanką, która mieszkała na terenie Domu Pomocy, w wolnych chwilach po odrobieniu lekcji często przychodziliśmy do parku, aby zobaczyć się z siostrami, które były dla nas bardzo dobre. Nauczyły nas śpiewać, modlić się i zawsze opowiadały nam ciekawe historie. (…) Z biegiem czasu, już nie takie małe dziewczynki, przychodziłyśmy także do kaplicy na Mszę św. I tak czas upływał. Siostry były gotowe na każde wezwanie. Pracowały tak długo, jak było to potrzebne. Szyły i prały ręcznie niektóre rzeczy, aby nie niszczyły się w pralnicach. (…) Los tak chciał, że 1 kwietnia 1975 roku rozpoczęłam pracę w Domu Pomocy Społecznej w Jarogniewicach. Od tego czasu kontakt z siostrami miałam codziennie. (…) W lipcu 2018 roku, po 43 latach pracy w Domu Pomocy Społecznej, przeszłam na emeryturę, ale po tygodniu wróciłam i do dnia dzisiejszego nadal pracuję.
Zofia Bartkowiak
Iść zawsze naprzód
„Iść zawsze naprzód, choćby po gorzkich zawodach i szalejących bałwanach morskich, gdy opieka Boska nad nami, przed niczym zaś się nie cofać, a na wszystko być gotowym, jeśli Bóg czego od nas zażąda” – mawiał św. Brat Albert. (…)
Pielgrzymka jest mocno wpisana w doświadczenie mojego życia, zarówno w jej wymiarze duchowym jak i fizycznym zmaganiu. (…) Pielgrzymka to piękne chwile pokonywania wielu kilometrów, pokonywania swoich ograniczeń w atmosferze dużej grupy, ze śpiewem na ustach podążając w wyznaczonym kierunku. Pielgrzymka to moje doświadczenie wędrowania nie tylko w dużej grupie, ale i we dwójkę. (…)
Każde życie ludzkie jest drogą, jest wędrówką, jest podążaniem w konkretnym kierunku. Niejednokrotnie gubimy się w zawiłości dróg i szlaków ale wędrujemy, idziemy, podążamy. (…) Już niebawem, bo 31 maja po raz kolejny, już czwarty raz wyruszymy w trójkę do Narodowego Sanktuarium w Kaliszu z Sanktuarium Maryjnego w Tulcach pod Poznaniem, by prosić o dar nowych powołań i dziękować za łaskę powołania zakonnego każdej z nas. Pragniemy zabrać również te intencje, które zostaną nam powierzone. Idąc, pragniemy dać świadectwo, że warto podążać za Chrystusem, że warto kochać, że warto podjąć trud. (…) wszyscy jesteśmy pielgrzymami zdążającymi różnymi drogami do tego samego celu, a jest nim zbawienie.
s. Dobrawa Korzeniewska
Pan Bóg się o mnie upomniał
Każdy z nas realizuje swoje powołanie w różnoraki sposób. Jedni przez małżeństwo, inni, wybierając drogę powołania kapłańskiego (…) Każdy jest powołany do tego, by swoim życiem świadczyć o wierze w Jezusa Chrystusa, by głosić jego Ewangelię – w pracy, w szkole, w domu rodzinnym. (…) Ja wybrałem drogę powołania kapłańskiego (…) Pochodzę z parafii p.w. Matki Bożej Częstochowskiej w Ostrowie Wielkopolskim. Już w szkole podstawowej interesowałem się historią. Można powiedzieć, że te moje zainteresowania wypełniały całe moje życie. (…) w III klasie liceum Pan Jezus upomniał się o mnie. Można powiedzieć, że przemówił do mnie. Doświadczyłem, że Jezus działa przez Ducha Świętego. (…) Ksiądz katecheta zadał mojej klasie zadanie domowe dla chętnych – przygotować swoją „hierarchię” wartości, czyli co dla mnie w życiu jest najważniejsze. Pana Boga i Kościół umieściłem na… czwartym miejscu – nawet nie na podium. (…) Teraz jestem szczęśliwym księdzem. Codziennie Bogu dziękuję za to, co mi uczynił, a czego nie byłem i nie jestem godny.
ks. Waldemar Graczyk
Z woli Pana
Ponieważ trwamy w tygodniu modlitw o powołania, chciałabym Kochani podzielić się z Wami skrawkiem mojego misyjnego powołania do albertyńskiej posługi w Ameryce Południowej, a konkretnie w Boliwii. (...) Nasza posługa na misjach głównie polega na ewangelizacji, albo inaczej mówiąc: katechizacji. (...)
Dla tamtejszej ludności misjonarka i misjonarz są duchową matką i ojcem. Jestem ogromnie wdzięczna Panu Bogu, że dał mi łaskę powołania misyjnego w duchu św. Brata Alberta.
S. Amata Bohdanowicz
Moja przygoda u Sióstr
Nie udaję, że jestem człowiekiem wierzącym, bo byłem jakiś czas człowiekiem wcale nie wierzącym i zszedłem na psy. Będąc szczęśliwym mężem oraz szczęśliwym ojcem zacząłem pić. Straciłem wszystko — wszystko, co miałem w życiu i co najcenniejsze, czyli rodzinę, dzieci. Znalazłem się w więzieniu. (...) spotkałem dwie Siostry Albertynki — Siostrę Annę i Siostrę Olę. Zaproponowały mi pracę. No i zaczęła się moja przygoda u Sióstr. Przyniosły mi dwa worki cebuli no i zacząłem je obierać. I tak codziennie. (...) Jestem na Mszy świętej co niedzielę i czytam pierwsze czytanie. Teraz też śpiewam — Siostry bardzo lubią, (...) Przychodzenie na Mszę świętą, przybliżenie się do Pana Boga bardzo mi pomogło. Cały czas powtarzam jedno — gdybym nie spotkał na swojej drodze tych dwóch zakonnic, które wyciągnęły do mnie rękę i pokazały mi jaką drogą mam kroczyć, to nie byłoby mnie na tym świecie.
Gabriel
Pokazały jak można służyć drugiemu człowiekowi
Lata 90. ubiegłego wieku nie były łatwą dekadą. (...) Jakie to było szczęście, kiedy do naszej parafii we wsi Niegosław w województwie lubuskim przybyły Siostry Albertynki. Prowadziły tam dom opieki dla osób starszych i samotnych. (...) W naszej parafii było bardzo dużo rodzin, które potrzebowały pomocy materialnej, ale także duchowej. Siostry postarały się, o to by najmłodsi parafianie byli blisko Boga. Dbały także o wystrój naszej świątyni, przygotowywały dekoracje na Święta, układały kwiaty na ołtarzach. (...)
Oprócz pomocy w kościele, Siostry co roku organizowały wyjazdy wakacyjne dla ministrantów i dzieci z parafii. (...) Siostry pokazały, jak można służyć drugiemu człowiekowi, jak można wnieść wiele dobrego w środowisko, w którym żyjemy.(...) A dom w Niegosławiu stoi pusty, zaniedbany i woła o powrót Sióstr…
Mamy wielką nadzieję i modlimy się, aby Siostry Albertynki do nas wróciły, aby wróciła wiara, nadzieja i miłość, a w ogrodzie, aby zakwitły malwy.
Łucja Antczak
Wszystko wydaje się nielogiczne...
Po ludzku rozumując, wszystko wydaje mi się nielogiczne... w tej historii powoływania mnie. (...) Po ludzku patrząc, moja rodzona siostra bardziej nadawałaby się do służby Panu. Pobożniejsza, posłuszniejsza, bardziej zorganizowana i odpowiedzialna. (...) W wieku 6 lat na pytanie mojej siostry, dlaczego nie chcę iść do szkoły, do pierwszej klasy, odpowiedziałam, że nie pójdę, nie będę pracować, będę mieszkać pod mostem. Gdy 22 lata później wstępowałam do albertynek, mój ojciec skomentował: "zawsze byłaś dziwnym dzieckiem". (...)
Straciłam wiarę w obecność Jezusa w sakramentach Kościoła (...) Wielka cisza Wielkiej Soboty. Poranek. Spoglądam na rzeczoną ulotkę, a oto reprodukcja obrazu Adama Chmielowskiego — św. Brata Alberta “Ecce Homo”. (...)
On mi zaufał — całkowicie niegodnej zaufania… i tyle. Logika Boża — dzięki Bogu! - jest ponad wszelką ludzką logiką.
s. Aniela
Od młodzieńczej ciekawości do Szkolnego Koła Caritas
Różnymi drogami Bóg prowadzi ludzi do czynienia dobra. W roku 2012 objąłem wychowawstwo klas gimnazjalnych w jednej z poznańskich szkół w dzielnicy Grunwald. Już we wrześniu musiałem rozwiązać jeden z pierwszych poważnych problemów wychowawczych.
Moi uczniowie z młodzieńczej ciekawości poszli spenetrować pobliskie siedlisko bezdomnych. (...) Podczas rozmów z uczestnikami wyprawy doszedłem do wniosku, że ci młodzi ludzie w pewnym sensie są ciekawi tego, kim są ci żyjący na ulicy ludzie i co spowodowało, że tam muszą żyć. Wybraliśmy się więc na spotkanie z Albertynkami, które w pobliżu prowadzą Jadłodajnię dla ubogich i bezdomnych. (...)
Igor
Rzym - miasto bezdomnych
Brzmi bardzo banalnie, ale przechadzając się po tym pięknym muzeum pod gołym niebem, można w każdym jego zaułku dostrzec osoby bezdomne, które wpisują się w krajobraz miasta, jakby stanowiły jego integralną część. (...) Większość z tych historii jest powtarzalna, zmieniają się aktorzy, ale sztuka jest ta sama. (...) W praktyce oprócz problemów, z którymi nie radził sobie we własnym kraju, na obczyźnie dojdą nowe. (...) Wielu z moich podopiecznych, którzy skończyli na ulicy, bardzo chętnie opowiadało o swoich problemach, ale nie prosili o pomoc, w zakresie powrotu do Polski lub kontaktu z rodziną. (...) morał z tych opowieści jest taki: nigdy nie należy się poddawać i zaprzestać szukania pomocy.
Ewa Obrok, mediator międzykulturowy, Rzym
![]() |
---|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Pan Jezus
pocałował mnie
w czoło
Mama kiedyś opowiadała (jak już byłam w zakonie), że gdy byłam małym dzieckiem (ja tego nie pamiętam), podeszłam do niej i powiedziałam: „Mamo, jak mnie Pan Jezus pocałuje w czoło, to pójdę do zakonu…”. (...)
W dniu moich 18 urodzin poznałam św. Brata Alberta dzięki emitowanemu w telewizji dramacie „Brat naszego Boga”. (...)
Bóg kiedy pragnie powołać człowieka i pomóc Mu odpowiedzieć na łaskę powołania, pozwala mu postawić warunki i odpowie na nie, bo taka jest Miłość. (...)
Jezus pocałował mnie w czoło i zostałam albertynką.
s. Miriam
Dar Boga dla świata
Ks. kan. Henryk Nowik na kilka miesięcy przed odejściem do Domu Ojca (16 marca 2021 r.), na prośbę s. Dobrawy Korzeniewskiej, spisał swoje wspomnienia dotyczące nie tylko współpracy z siostrami albertynkami w Zielonej Górze, ale przede wszystkim dotyczące swojej tragicznie zmarłej cioci – s. Albiny Anny Ukraińskiej, albertynki (1892 – 1930). Pisząc o tym wszystkim, nie sposób nie przywołać na pamięć moją ciocię Annę z domu Ukraińska, a po zakonnemu Albina. Pamięć w moim rodzie była żywa o cioci Albinie. Wiele otrzymywało to imię w rodzinach. Obraz cioci Albiny przybliżyła, niezapomnianej pamięci s. Sawia, dając mi wyciąg z Księgi Pamiątkowej klasztoru na Kalatówkach, gdzie siostra – ciocia mieszkała.




By nikt nie czuł się samotny
Święta to czas, który spędzamy w rodzinnym gronie, jednak żyją wśród nas ludzie samotni i potrzebujący, którzy magię świąt poczują tylko dzięki inicjatywie Caritas.
24 grudnia w godzinach przedpołudniowych została zorganizowana Wigilia dla potrzebujących, samotnych i bezdomnych na Międzynarodowych Targach Poznańskich. 1100 osób przybyło, by móc poczuć ciepłą atmosferę świąt, podzielić się opłatkiem, złożyć życzenia i zjeść świąteczny obiad. Nie odbyłoby się to wszystko dzięki licznie zgromadzonym wolontariuszom (...)
Dla mnie, jako wolontariuszki, która od wielu lat bierze udział w tym wydarzeniu, niesamowity jest moment, gdy ludzie podczas składania między sobą świątecznych życzeń, podchodzą również do nas, by podzielić się opłatkiem. Jest to niezwykła chwila, móc życzyć im, tego co najlepsze, bo przecież każdy na to zasługuje…
Julia
Chcę być dobrym człowiekiem
Hej! Nazywam się Malwina i jestem studentką ostatniego roku pedagogiki i drugiego roku resocjalizacji. Przez dwa tygodnie byłam w Atyrau w Kazachstanie na wolontariacie u Sióstr Elżbietanek. Zobaczyłam tam „inny Kościół”, mimo że w tej samej wierze.
Misja, na której posługują Siostry, jest niezwykle trudna, a tak bardzo potrzebna. Podziwiam i chylę czoła za to, jaką ogromną pracę tam wykonują.
Malwina
![]() |
---|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Cenny kubek zwykłej ciepłej herbaty
Moja historia z bezdomnością rozpoczęła się w momencie rozwodu i związanego z nim opuszczenia rodzinnego mieszkania.
Mam nadzieję, że bezdomność to tylko element mojego życia i kiedyś będę mógł stanąć wobec Sióstr, dziękując im za pomoc oraz powiedzieć, że udało mi się. Póki co ponoszę konsekwencje mojego życia. Pokrótce chciałem przedstawić to świadectwo, wiedząc, że zawsze można liczyć na pomoc ze strony Sióstr.
Marek Kujawa
Święci to starsi bracia i siostry, na których
zawsze możemy liczyć
Moje świadectwo nie będzie świadectwem powołania czy nawrócenia. (...) Otóż będąc dzieckiem, od kiedy tylko pamiętam, marzyłam o bracie. (...) Miałam ciągłe, powracające poczucie, że kogoś ważnego brakuje w naszej Rodzinie. Natomiast obecnie, gdy piszę to świadectwo, widzę, jak Jezus całe moje życie kształtował mnie przez tą dziwną tęsknotę i uczył tego, by w każdym człowieku – kobiecie czy mężczyźnie – szukać i znajdować siostrę lub brata – w Nim – Chrystusie..




Moje orędowniczki w niebie
W roku 1994 zaszłam w upragnioną ciążę. Szczęście nie trwało długo. Ciąża obumarła w 8-9 tygodniu. Trudno trzeba było żyć dalej, zdarza się. Dwa lata później, w 1996 roku, kolejna ciąża i znów to samo. Kolejny szok dziecko obumarło. Oj, wtedy to już był straszny cios. (...) Dziś syn Radek (od radości 😊) jest wspaniałym człowiekiem. Wspaniały mały człowiek o wielkim sercu. (...)
Przez wiele lat zastanawiałam się, czy dzieci, które mam w niebie, to dziewczynki. Mam z nimi kontakt duchowy. (...)
Przeżyłam w swoim życiu cudowne doświadczenie. Byłam na pielgrzymce 28 czerwca 2019 roku w Medjugorie.















Zaufać jak Abraham
Moja osobista relacja z Jezusem zaczęła się w rodzinnym domu. (...) na etapie gimnazjum zostałem też stypendystą Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia, dzięki której zacząłem jeździć na wakacyjne obozy dla młodzieży. ufam Jezusowi, że wszystko, co pojawia się w moim życiu, jest Jego wolą, którą chcę pełnić – to dla mnie najwyższy priorytet w życiu.
Paweł Grzybek
.




O wojnie, powołaniu
i przesłuchaniu przez UB
Zapraszamy do wysłuchania świadectwa s. Sawii




Łaski za wstawiennictwem
bł. Bernardyny
W liturgiczne wspomnienie bł. Bernardyny (22 września 2023 r.) rozpoczyna się peregrynacja relikwii Matki Dynki we wszystkich kołach Towarzystwa Pomocy Brata Alberta oraz we wszystkich wspólnotach sióstr albertynek.
Zakończenie peregrynacji zaplanowano na czerwiec 2024 r.
na czas pielgrzymki Towarzystwa Pomocy Brata Alberta
do Sanktuarium Ecce Homo w Krakowie.

Empower
Growth
Pani Doktor, Siostro Doktor – po prostu Siostro
W całym intensywnym życiu młodego lekarza Pan Bóg znalazł moment, by pokazać, że jest w moim wnętrzu przestrzeń, której nie jest w stanie wypełnić żadna ludzka relacja, ani rzeczy materialne. Bo choć miałam to co pewnie wielu określiłoby jako życiowy sukces (mieszkanie, samochód, grupę zaufanych przyjaciół na dobre i na złe, pracę w przychodni i na Uczelni, a tam zajęcia ze studentami i „przymiarki” do pisania doktoratu), to jednak ciągle pozostawał jakiś niedosyt, że czegoś mi brakuje, że jest coś jeszcze… Aktywność zawodowa i życie prywatne obiektywnie dawały mi satysfakcję, ale nie były w stanie dać spełnienia. Z czasem zaczęło się definiować pragnienie mojego serca i rzeczywistość, w której mogło się ono wypełnić – czyli życie konsekrowane. Początkowo był to dla mnie szok, bo chociaż intrygowało mnie życie zakonne, to jednak jedynie na płaszczyźnie pozytywnego zdziwienia: „Aha, to tak też można żyć”.
To Pan Bóg dał mi impuls, żeby zrobić krok dalej... Na modlitwie pozwalałam rosnąć mojemu pragnieniu i pytałam Pana Boga jaką „formę zewnętrzną” to życie zakonne ma przyjąć – a On w odpowiedzi „przysłał” mi do gabinetu w przychodni, w której wtedy pracowałam – przeziębioną siostrę Albertynkę. I tak zaczęła się z jednej strony przygoda z wolontariatem u Sióstr, a z drugiej – rozeznawanie powołania. Przychodziłam do Jadłodajni dla Ubogich w Bydgoszczy, na Ogrzewalnię, leczyłam Bezdomnych, a jednocześnie obserwowałam Siostry – świadectwo ich życia pełnego prostoty, przeżywanie codzienności, modlitwę oraz autentyczne i konkretne BYCIE z Ubogimi. Powoli odkrywałam, że TAK – to jest TO, TO mnie pociąga, TO jest moje. Wstąpiłam do Zgromadzenia, rozpoczęłam życie zakonne i… nie rozstałam się z medycyną.
Pierwsze lata mojego „bycia” w Zgromadzeniu mocno naznaczyła pandemia – był to dla mnie szczególny czas, w którym służyłam jako lekarz moim chorym Siostrom i Podopiecznym naszych domów. Po złożeniu Pierwszej Profesji wróciłam w pełnym zakresie do wykonywania zawodu, a jednocześnie otworzyłam na naszej Furcie mały Gabinet – punkt konsultacyjny, gdzie osoby korzystające z Jadłodajni mogą uzyskać darmową poradę lekarską. W zdecydowanej większości są to osoby bezdomne i nieubezpieczone, którym udzielam prostych konsultacji, mierzę parametry życiowe, zaopatruję rany i owrzodzenia. Stawiam na profilaktykę i edukację, ale nie unikam też trudnych tematów jak chociażby uzależnienia. Cieszę się, że Gabinet to przestrzeń spotkania, w której Ubodzy mogą nie tylko powiedzieć o dolegliwościach dotyczących ciała, ale przede wszystkim być spokojnie wysłuchanymi. Nie jest to posługa prosta, ale w tym odnajdywaniu Chrystusa w Ubogich bardzo pomaga mi nasz albertyński charyzmat, który Pan Bóg włożył w moje serce, a który codziennie odkrywam. Mam za sobą również cykl wykładów prozdrowotnych, w trakcie których mogłam przekazać część mojej wiedzy szerszemu gronu odbiorców korzystających z naszej Jadłodajni. Moja aktywność zawodowa to też praca w Poradni Lekarza Rodzinnego w Krakowie na Kazimierzu, czyli codzienne spotkania z przesympatycznymi Pacjentami i ich ogromna życzliwość, otwartość oraz wdzięczność. Co ciekawe – mój albertyński habit nie jest dla nich żadną przeszkodą, a wręcz przeciwnie – bardzo czytelnym i wymownym znakiem. I choć początkowo moi Pacjenci nieco zdezorientowani pytali: „Rety, bo ja nie wiem jak się zwracać – Siostro, Pani Doktor, Siostro Doktor?”, to ja zawsze odpowiadałam i odpowiadam to samo: „Normalnie – Siostro”. Każdego dnia widzę jak ta naturalność i normalność „otwiera” i wzmacnia relację lekarz – pacjent, co w procesie leczenia ma kluczowe znaczenie. A kilka miesięcy temu rozpoczęłam przygodę z ultrasonografią i choć początki są trudne, to wierzę, że kiedyś zwiększy to z jednej strony moje możliwości diagnostyczne, a z drugiej – dostępność tego badania dla osób Ubogich i Bezdomnych.
Tak wygląda moje albertyńskie DZIŚ, czyli świadome i pełne wolności realizowanie powołania w powołaniu – bycie Albertynką i lekarzem. I to współistnienie dwóch powołań jest dla mnie źródłem ogromnego entuzjazmu, który pozwala mi twórczo przeżywać codzienność – zarówno w domu z Panem i moimi Siostrami, jak i w przychodni z Pacjentami. Jest to ogień, który bez wątpienia mogę nazwać pasją życia konsekrowanego. I choć nie wstąpiłam do Zgromadzenia, żeby być lekarzem, to jednak Pan Bóg każdego dnia potwierdza, że właśnie taką drogą chce mnie prowadzić – do Niego, do samej siebie i do innych... By służyć jako lekarz, ale także (a właściwie – przede wszystkim!) świadczyć o Nim całą sobą. Moje życie nadal jest intensywne, ale dzięki konsekracji „smakuje” już inaczej, a ja wciąż w totalnym zadziwieniu i wdzięczności mogę – jak Dawid – pytać: „Kim jestem Panie mój, że doprowadziłeś mnie aż dotąd?”.
Siostra Jana
Ogrom radości
Siostry Albertynki poznałam 12 kwietnia 2021 roku, kiedy to zaczęłam przychodzić do jadłodajni prowadzonej przez Siostry, aby poprzez wolontariat odbyć praktyki na studiach. Moje praktyki miały trwać miesiąc… I oczywiście po miesiącu je ukończyłam, ale poczułam, że to jest miejsce, w którym chciałabym być wolontariuszką. Po prostu było tam coś takiego, co mnie przyciągało i sprawiało ogrom radości. Moja pomoc w jadłodajni polega tak naprawdę na różnych rzeczach, raczej staram się nie ograniczać, a pomagać tam, gdzie jestem potrzebna. Od obierania warzyw, po krojenie, wydawanie posiłków osobom korzystającym z jadłodajni, po pomaganie w robótkach ręcznych i wielu innych rzeczach. Jednak osobiście najważniejsze i najcenniejsze są dla mnie rozmowy z osobami, które korzystają z jadłodajni. Poprzez takie rozmowy odkryłam, jacy to są cudowni i wartościowi ludzie, lecz często pogubieni. Słuchając ich doświadczeń i przeżyć miałam łzy w oczach. Osoby korzystające z jadłodajni są mi bardzo bliskie, staram się zawsze ich wysłuchać i zrozumieć.
Oprócz wolontariatu w jadłodajni zaczęłam również udzielać się w Przytulisku im. św. Brata Alberta w Opalenicy. To miejsce również prowadzą Siostry Albertynki. Osoby starsze, schorowane, które tam mieszkają, totalnie skradły moje serce… Choć moje początki tam zdecydowanie nie były dla mnie łatwe. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechałam tam na weekend i rano pomagałam zwozić chorych do kaplicy na Mszę Świętą, wtedy jedna pani, którą zwiozłam, zaczęła rozmawiać i jeździć na wózku po kaplicy, starałam się tą panią uspokoić i wytłumaczyć, że zaraz będzie Msza Święta, ale nie dawałam rady. Jedna z sióstr podeszła do mnie i powiedziała, że ona się zajmie tą panią, a ja zajęłam swoje miejsce w kaplicy i wtedy pomyślałam „Panie Jezu, co ja tutaj robię, nie nadaję się do tego”. Jednak po Mszy Świętej, Siostra Przełożona podeszła do mnie i zapytała, jak mi się podoba. Wtedy szczerze Jej odpowiedziałam, że chyba się do tego nie nadaje, a Siostra wtedy powiedziała mi takie słowa: „Nicole, daj sobie więcej czasu”. Są to słowa, za które w perspektywie czasu jestem ogromnie wdzięczna i mimo że minęły już ponad dwa lata, zawsze jak mam trudności, czy jakiś cięższy czas przypominam je sobie. Myślę, że warto dodać, że osoby starsze mieszkające w tym domu pokochałam jak własnych dziadków. Kocham spędzać z nimi wolny czas, czy to poprzez wspólne granie, wspólny spacer, czy po prostu przez wspólną rozmowę.
Zarówno jadłodajnia, jak i przytulisko, są to dwa bardzo ważne miejsca dla mnie. Nigdy nie jest mi szkoda poświęcać wolnego czasu, bo uważam, że dla tych miejsc i przede wszystkim dla tych osób, którym Siostry posługują, warto poświęcać czas! Do czego też bardzo zachęcam, bo mogę zapewnić, że wolontariat daje ogrom radości i satysfakcji. Jednak też uważam, że warto, abym wspomniała o tym, że oprócz tego, że zaczęłam udzielać się jako wolontariuszka u Sióstr Albertynek, to też zaczęłam jeździć na dni skupienia, które siostry organizują. Szczerze, kiedy pierwszy raz dostałam od sióstr propozycję wzięcia udziału w dniach skupienia, czułam ogromny opór i nie byłam chętna, aby wziąć udział. Zdecydowałam się jednak pojechać i w ogóle nie żałuję. Od tamtej pory brałam udział w każdych dniach skupienia, ponieważ jest to dla mnie niesamowity czas. Jest to czas, w którym mogę się zatrzymać, odpocząć od codziennej rutyny, obowiązków. Przede wszystkim jest to czas, w którym mogę spokojnie się pomodlić, pomyśleć. Pobyć sam na sam z Panem Jezusem. Ale też jest to czas, w którym mogę porozmawiać, spędzić go z osobami, które mają podobne wartości. Dzięki dniom skupienia poznałam wiele wyjątkowych młodych osób i zawiązały się między nami niezwykłe przyjaźnie. Z całego serca wszystkim polecam wziąć udział w dniach skupienia, bo jest to wspaniały czas.
Nicole Lenek






Sztuka nalewania kompotu
Złożone ręce, gruby sznur, czarny strój i pochylona głowa... Z lekkim podziwem i dużą dozą szacunku, jako dziecko patrzyłam na ciemne postacie Sióstr, wiernie trwające w cichej adoracji w trzeciej kościelnej ławce naszej parafii. Jakie było moje zdziwienie, kiedy na początku pandemii koronawirusa na porannych Mszach Świętych pojawił się zespół złożony z Sióstr i ich podopiecznych. Młodsza Siostra wyśpiewywała kolejne zwrotki pięknym głosem, przy wtórze gitary, a reszta zespołu lepiej lub gorzej, lecz z dużą radością śpiewu dla Pana, jej wtórowała. Ze względu na moją pasję do śpiewu i gry na gitarze, szybko stałam się jego członkiem. Tak rozpoczęła się moja przygoda z Siostrami Albertynkami i trwa już od trzech lat.
Jak dziś pamiętam mój pierwszy dzień wolontariatu na stołówce dla osób bezdomnych… Poproszona o nalewanie kompotu do butelek, które przyniosły ze sobą osoby ubogie, zupełnie nie spodziewałam się jak wymagające będzie dla mnie to zadanie… Kawałki owoców zatykały wąskie szyjki butelek, a kompot lał mi się po rękach.
Aktualnie, pociągnięta wezwaniem Pana Jezusa, chcę rozeznawać swoją dalszą drogę w formacji Sióstr Albertynek, mając głęboką nadzieję, że będę mogła stać się siostrą dla tych najbardziej opuszczonych. Świadoma jednak własnej słabości i marności, nie wstydzę się prosić Was, drodzy Przyjaciele Albertyńscy, o wsparcie modlitewne na ten czas.
Alicja Jankowska
Alberciątko i wolontariusz Centrum Pomocy im. św. Brata Alberta w Bydgoszczy









Odnaleźć siebie
Mam na imię Mateusz. Skończyłem 25 lat w marcu i choć mój wiek może o tym nie świadczyć, przeżyłem już w swoim życiu bardzo wiele. Pochodzę z rozbitej rodziny, gdzie alkohol, złość, agresja czy smutek były nieodzowną częścią mojej codzienności. Ta codzienność mojego dzieciństwa, jak się pewnie domyślacie, miała w późniejszym czasie ogromny wpływ na moje życie, ale po kolei…
Piszę to zupełnie szczerze, chłopak, który od dziecka nie umiał odnaleźć siebie, właśnie tutaj, w domu przy ulicy Koronowskiej 14 w Bydgoszczy, odnalazł wszystko, czego szukał: miłość, spokój, dobro, ale przede wszystkim odnalazł siebie. Wiem, że żadne słowa nie opiszą mojej wdzięczności, a zwykłe „dziękuję” to za mało za uratowanie mi życia i choć wiem, że Siostry nic w zamian ode mnie nie oczekują, to ja chciałbym im oddać wszystko, co mam i będę miał, bo dzięki nim poznałem i zrozumiałem wartość zdania: „Być dobrym jak chleb”. Właśnie tym „dobrym chlebem” dla innych ludzi potrzebujących, już do końca swoich dni, chcę być, bo tylko w taki sposób mogę pokazać drugiemu człowiekowi, że niebo naprawdę istnieje i jest na wyciągnięcie ręki.
Mateusz Kostrzewa
![]() | ![]() | ![]() |
---|---|---|
![]() | ![]() | ![]() |
![]() | ![]() | ![]() |
![]() | ![]() | ![]() |
![]() |






Dużo się dzieje
Siostry Albertynki poznałam, będąc w siódmej klasie szkoły podstawowej, gdy jedna z Sióstr prowadziła dla nas szkolne rekolekcje wielkopostne. (...) Byłam niesamowicie zestresowana. (...) nigdy wcześniej nie miałam bezpośredniego kontaktu z żadnymi siostrami. (...) Od tego czasu staram się być na wszystkich dniach skupienia (...) odwiedzamy różne albertyńskie placówki na terenie prowincji poznańskiej. (...)
Stałą siedzibą naszej wspólnoty „alberciątek” (takie miano otrzymaliśmy jako albertyńska młodzież) stał się dom Sióstr w Opalenicy. (...) Każdy kontakt z Siostrami i ich podopiecznymi przynosi wiele radości. (...)
Bardzo serdecznie zapraszam wszystkich młodych ludzi (i nie tylko) na wolontariat do Sióstr Albertynek w Poznaniu, w Opalenicy, czy w każdej innej placówce oraz na organizowane dni skupienia. Dużo się dzieje! Warto!
Julia






Osoba wysłuchana jest w pełni uzdrowiona -
- Ecce Homo
„Gdy wali się kulawy stół… szary brat, zakręcona zakonnica, turyści w pół drogi, czyli słów kilka o tym jak pomagać, by pomóc i kroczyć drogą do szczęścia”
Rzym, Wieczne Miasto: dla jednych serce katolicyzmu, dla innych miasto grzechu, przestępstw, mafii, dla innych jeszcze centrum sztuki, kultury, historii. Dla wielu to miasto biedy, bezdomności (...) Dla mnie Rzym to miasto, z którym wiążę najpiękniejsze wspomnienia mojego życia zakonnego, choć znaczna jego część była poświęcona ubogim. Jak zrozumieć „piękno” służby Tym, którzy tkwią w samym środku brudu nie tylko materialnego, fizycznego, ale przede wszystkim w nędzy moralnej, związanej nierozerwalnie z utratą godności i poczucia człowieczeństwa? Odpowiedź jest bardzo prosta, choć może zdawać się szokująca: ponieważ (...) to On - Jezus jest najpiękniejszym z synów ludzkich… jakże podobny do tych, których spotykałam (...). Ecce Homo (oto człowiek) taki właśnie, jakim zobaczył Go Brat Albert.
Niejednokrotnie to, co najprostsze bywa najtrudniejsze, a ten, kto jest najbliżej wydaje się być obcym. Tak niewiele potrzeba, by kulawy stół mógł nie tylko stanąć prosto, ale mógł posłużyć do pięknego spotkania przy posiłku.
s. Dobrawa Korzeniewska (albertynka) od 30 lat w Zgromadzeniu,
dzień po dniu odkrywa swoje powołanie



